Tłumacz jak chirurg?
dostępne języki: pl

Traduttore traditore mówi znane włoskie powiedzenie. Tłumacz to zdrajca, bo przekład nigdy nie jest wierny i nie oddaje w pełni tekstu oryginału. Inna ludowa mądrość powiada, że tłumacz powinien być jak szklana tafla, która niewątpliwie stoi między tekstem oryginału a jego przekładem, ale – będąc niewidoczna – nie narzuca się czytelnikowi, który istnienia (dobrego) tłumacza nie powinien się nawet domyślać. Cóż, marny jest los tłumacza. Jeżeli nie zdrajca, to – w najlepszym razie – traktowany jak powietrze.

Ja tymczasem usłyszałam niedawno zupełnie inne, całkiem współczesne porównanie: tłumacz jak chirurg. Zestawienie wprawdzie nietypowe, ale kilka podobieństw narzuca się od razu… choćby to, że – w skrajnych przypadkach – od tłumacza także może zależeć ludzkie zdrowie i życie. Tak jest na przykład w przypadku tłumaczeń dokumentacji lekarskich, opisów leków, które znajdujemy potem w ulotkach, czy na sali sądowej. To oczywiście domena tłumacza przysięgłego, o którego pracy chcę dzisiaj napisać.

Zanim jednak przystąpię do tej chirurgicznej operacji, która… naprawdę nie wiem, jak się zakończy… chcę powiedzieć jedno, z czym zapewne wielu się zgodzi: tłumacz to zawód samotny. Każdą pracę, nawet wykonywaną w zespole, np. z uwagi na rozmiar projektu, trzeba wykonać samemu, przepuścić tekst przez własne szare komórki, spędzając nieraz długie godziny przed ekranem komputera. Dlatego też nasza profesja bardziej niż inne wymaga samodyscypliny.

Wróćmy jednak do chirurga. Jak go sobie wyobrażam? Maksymalnie skupiony, precyzyjny, sterylny, jak i cała sala operacyjna, czyli miejsce jego pracy.

W naszej rzeczywistości tłumacz przysięgły pracuje na ogół we własnym mieszkaniu, bo wynajem biura (zwłaszcza w dobie komunikacji elektronicznej) raczej nie ma ekonomicznego uzasadnienia. A domowe pielesze niestety nie dyscyplinują i wypracowanie „cech chirurga” bywa naprawdę trudne. Jeżeli nie odwiedzają nas codziennie klienci, nie będziemy przecież wbijać się w garnitur, czy też robić pełnego makijażu… do momentu, w którym ktoś niezapowiedziany zastanie nas w piżamie i ogólnym nieładzie. Nie będziemy też codziennie sprzątać, biegać z odkurzaczem… przecież mieszkanie to nie sala operacyjna! Sala może nie, ale biuro – a przynajmniej jego funkcja – już tak.

Oj, chyba brnę niebezpiecznie … Wyjaśnię więc, skąd te refleksje. Otóż całkiem niedawno, w gronie tłumaczy, miałam po raz kolejny okazję uczestniczyć w rozmowie o niskich (państwowych) stawkach tłumaczy przysięgłych, i lekceważącym traktowaniu nas przez klientów, którzy najwidoczniej nie rozumieją wartości naszej pracy. To prawda, sama zetknęłam się z tym wielokrotnie. Komentarze klienta dotyczące wysokości wynagrodzenia, pobłażliwe traktowanie w stylu: „co to dla pani, machnie pani tę kartkę w dziesięć minut” (autentyk!), czy żądanie innych usług dodatkowych, które nie leżą w naszych kompetencjach, to skutek powszechnej (nie)świadomości społecznej i niewiedzy na temat zawodu tłumacza przysięgłego. Nie ulega wątpliwości – to trzeba zmienić. Jeżeli jednak chcemy, aby traktowano nas inaczej, czyli po prostu: szanowano, trzeba zacząć od siebie, od wizerunku tłumacza przysięgłego, który jest przecież zawodem zaufania publicznego.

Na wizerunek tłumacza składa się wszystko, poczynając od jakości tłumaczenia, jego zewnętrznego stanu, stylu korespondencji i porozumiewania się z klientem, na naszym wyglądzie i wyglądzie otoczenia – rzec by można, naszym PR – kończąc. Piszę to na podstawie własnych doświadczeń, zdobywanych także w charakterze klienta innych tłumaczy przysięgłych. Mam tu dwa istotne spostrzeżenia.

Po pierwsze, oferta. Powinna zawierać wszystkie warunki wykonania tłumaczenia. Jej precyzyjne (chirurgiczne 🙂 ) przygotowanie jest tym bardziej istotne, że już przy pierwszym kontakcie z klientem tłumacz przysięgły ma karkołomne zadanie, by wyjaśnić, co to znaczy, że „strona znormalizowana w tłumaczeniu przysięgłym liczy 1125 znaków”. I że liczba takich stron w żadnym razie nie odpowiada liczbie stron fizycznych, a różnica wynosi czasem 1 : 2 lub 1 : 3 (strona fizyczna może zawierać dwie, a nawet trzy „strony przysięgłe”, co istotnie wpływa na cenę). Warto zatem przygotować zwięzłą i czytelną informację, którą można zawsze umieścić w emailu. Wielu tłumaczy objaśnia to na swoich stronach, ale, jak się wielokrotnie przekonałam, w dobie powszechnego pośpiechu mało kto ma dziś czas na dłuższą lekturę. A najczęstsze zapytanie klienta brzmi po prostu: mam jedną stronę do przetłumaczenia, ile to będzie kosztowało? O innych warunkach, takich jak: termin, liczba egzemplarzy tłumaczenia, dostępność oryginału (oraz to, że należy go tłumaczowi okazać) czy warunki płatności, nawet nie wspominam, bo dla nas są one oczywiste. Mimo to warto umieścić je w ofercie, bo klient nie musi wiedzieć, że w przypadku tłumaczenia przysięgłego są one istotne.

Po drugie, kontakt osobisty z klientem, który ma miejsce najczęściej dopiero przy odbiorze dokumentu. Arsenał zachowań jest tu naprawdę bogaty i trzeba być gotowym na wszystko, od: „Ale się naszukałem adresu…!”, poprzez „Aaa, to pani nie ma biura…” i „Jakie przyjemne mieszkanko, chyba świeżo po remoncie…”, po tradycyjne „Ma pani wydać, bo ja mam tylko całą stówę?”. Przepraszam za dosłowność, ale dokładnie cytuję oryginały. To też rzeczywistość pracy tłumacza i, dopóki się ona nie zmieni, myślę, że trzeba tu po prostu zachować zimną krew profesjonalisty. Jednakże na podstawie doświadczeń można przygotować się na sytuacje typowe, jak np. problem z drobnymi przy rozliczeniu gotówką. To wszystko składa się na nasz wizerunek.

Na koniec wspomnę jeszcze o sprawie niewielkiej, ale dla wizerunku tłumacza niezwykle istotnej: wygląd pracy, którą wręczamy klientowi, czyli to, co po nas zostaje i może być reklamą dla innych, potencjalnych klientów. Niby to tylko zadrukowana kartka A4, ale i ta może mieć wiele postaci. Prawdą jest bowiem, że… papier wszystko przyjmie. Oryginał tłumaczenia nie powinien więc nosić takich śladów działalności tłumacza, jak okruchy, kocia sierść czy intensywny zapach papierosów…

No, teraz to już na pewno dostanę po głowie… Kończę więc szybko, także dlatego, że  – w dobie powszechnego pośpiechu – mało kto ma dziś czas na dłuższą lekturę. A zależy mi!

Hanna Szulczewska

minimalist-home-office-design-535x388

Biuro to przecież nie sala operacyjna…

Komentarze
  • […] i bardzo dużo się tam nauczyłam, nie tylko zawodowo, ale też zwyczajnie, po ludzku. W tekście Tłumacz jak chirurg pisałam o sytuacjach, które wymagają od nas, tłumaczy, szczególnych umiejętności […]

  • Dodaj Komentarz

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany.

    ok
  • Autorzy postów

  • Popular articles

  • Najnowsze komentarze

  • Archives